Rozdział VII
Dlaczego panie?
Dzionek zapowiadał się na wyjątkowo śnieżny i mroźny. Ze smolisto czarnych chrap Suzan wydobywała się para, a kopyta głucho chrzęściły o śnieg. Szła energicznym kłusem raz po raz trącana delikatnie ostrogami przez swojego pana, rozglądając się przy tym z zaciekawieniem. Po chwili jednak zatrzymała się. Odchyliła przyjaźnie uszy do tyłu wstrząsając grzywą.
- To jak Suzan? – usłyszała nad sobą głos Rotgiera. – Wracamy?
Siwka w odpowiedzi zarzuciła tylko łbem i parsknęła nozdrzami.
- Jedźmy… - mruknęła cicho odchylając delikatnie uszy.
Ledwo to powiedziała już została przynaglona łydką do kłusa z miejsca. Po chwili przeszła w swobodny galop. Rozdęła delikatnie chrapy parskając nimi cicho. Po lekkim spięciu ostrogami przyspieszyła do cwału. Kochała taką szaloną jazdę… kochała czuć wiatr w grzywie i słyszeć łopotanie płaszcza jej pana. W szaleńczym galopie wpadła na dziedziniec szczycieńskiej twierdzy po czym po zadarciu wodzami uniosła się lekko na zadnich nogach.
- No jesteś wreszcie bracie! – usłyszała głos Gotfryda.
- Coś mnie ominęło? – zapytał Rotgier kładąc rękę na jej boku i opierając się o łęk siodła, uśmiechając się przy tym w dziwny sposób.
Młody zakonnik już chciał coś powiedzieć gdy nagle na dziedziniec wjechał Danveld na swoim karym rumaku razem z pocztem pachołków przebranych za jurandowych sług i saniami. Przed nim, w siodle siedział nie kto inny jak Danusia Jurandówna, z przerażeniem w oczach. Było w niej coś tak rozczulającego że Suzan mimo woli położyła po sobie uszy odwracając wzrok.
- Tuś mi gołąbku… - komtur nie przestając się uśmiechać podjechał trochę rumakiem do wójta szczycieńskiego i spojrzał na brankę. – Zachwycająca…
- Puśćcie mnie… - szepnęła dziewka podnosząc na niego z rozpaczą załzawione, niebieskie oczy. – Tatulo okup za mnie da…
Danveld zaśmiał się cynicznie.
- Ba! Nie tylko okup ale i siebie!
Było w tym śmiechu tyle pogardy i jadu, że klacz zarzuciła łbem i cofnęła się mimowolnie o kilka kroków, ale ściągnięcie wodzy ostatecznie utrzymało ją w miejscu. Ruszyła o kilka kroków do przodu niemalże stykając się swoim bokiem z czarnym bokiem danveldowego trakena. Rotgier spojrzał w niebieskie oczy dziewki po czym chwycił ją za podbródek i nie przestając się uśmiechać z pozorną troską pocałował prosto w usta.
- Zróbże coś Baldwinie… - mruknęła klacz z lekką wściekłością do karosza odchylając uszy. – uszczypnij mnie czy cokolwiek innego…
Ogier nie dał sobie tego dwa razy powtarzać. Siwka poczuła nagły ból na zadzie i cofnęła się gwałtownie z urwanym rżeniem zarzucając łbem i kładąc uszy po sobie. Komtur ponownie ściągnął jej wodze i począł powolnymi ruchami gładzić po szyi
- Co zamierzacie z nią uczynić? – zapytał po chwili mierząc wzrokiem młodą Polkę i nie przestając się uśmiechać.
- Ostawić tutaj i czekać… - to mówiąc skinął na służkę zakonną stojącą na uboczu i zdejmując jurandową córkę z siodła. – Odprowadź naszego gościa do komnat… - w tym momencie uśmiechnął się cynicznie.
* * *
Klacz spokojnie rozgarniała kopytem śnieg zbierając przy tym co najlepsze źdźbła trawy jakie udało jej się znaleźć.
- Zima jest piękna… - westchnęła po chwili.
Przerwała kładąc się na śniegu i znowu zamyślając się nad tym.
- Z tej strony nie znałam was panie… - pomyślała odchylając uszy i wstrząsając grzywą z niezadowoleniem jak by chciała odgonić od siebie wszystkie natrętne myśli. Po chwili powoli wstała i podeszła do płotu nastawiając wysoko uszy do przodu.
- Prinzessin? – usłyszała nagle obok siebie.
Odwróciła powoli łeb i ujrzała Goldophina stojącego przy płocie sąsiedniego padoku.
- Jak się masz młoda? – ogier uśmiechnął się dziwnie.
Klacz odchyliła delikatnie uszy z lekkim zdziwieniem.
- Mówisz to poważnie czy tylko udajesz uprzejmy ton?
- I gadaj tutaj z taką… - ogier udał obrażonego.
- Dziwne z ciebie stworzenie… raz kpisz ze mnie innym razem znowu stajesz się uprzejmy…
- Zaimponowałaś mi… Nie spotkałem się jeszcze z klaczą, która potrafi tak walczyć…
- To mało wiesz o świecie… - siwka uśmiechnęła się z lekkim politowaniem. – U nas w Danii to była codzienność… Moja matka również była rumakiem bojowym…
Karosz uśmiechnął się lekko. Nastała krępująca cisza przerywana tylko nawoływaniem strażników.
- Patrzysz się na mnie… - burknęła po chwili klacz spuszczając speszona wzrok.
- Entschuldigung…* - mruknął cicho.
Przez chwilę milczeli. Nagle uszy klaczy wyłapały inny dźwięk dochodzący z dziedzińca. Nie mogła dokładnie określić cóż to za odgłos… wiedziała tylko że skądś go znała…
- Was is passiert?** – zapytał na widok zaniepokojonej siwki.
- Nic… - Suzan odchyliła lekko uszy.
Nagle jednak cofnęła się znacznie po czym ruszyła energicznym galopem i w ostatniej chwili wybiła się i pięknym skokiem przesadziła płot. Zatrzymała się sama sobie się dziwiąc, odrzuciła dziarskim ruchem łba grzywkę i ruszyła kłusem w stronę dziedzińca targana złymi przeczuciami. Odpychając strażników zagradzających jej drogę stanęła przy stajniach. Jej uszy opadły nagle, przylegając do karku na widok młodej Polki siedzącej pod murem skulonej z przerażenia po jej twarzy spływały łzy. Obok niej stał Hugo klnąc na polski opór i ocierając krew z ust. Jeszcze większą wściekłość wzbudził w niej widok jej własnego pana towarzyszącego w tym nierządzie na który ośmielił się szczycieński wójt. Rotgier stał nieopodal razem z kilkoma innymi młodymi braćmi przyglądając się ze śmiechem Danveldowi trzymającemu się za zaczerwieniony policzek. Nie wiedziała co robić… Stanąć w jej obronie i sprzeciwić się panu czy zostawić to i być może mieć ją na sumieniu. Stała tak przez dobrą chwilę.
- Cóż czynić? Cóż? – zapytała w myślach.
Niby nie odczuwała nigdy do tej Danusi jakiejś specjalnej sympatii, ale nie była również za łamaniem ślubów zakonnych i taką rozpustą. Cofnęła się o krok uderzając przy okazji zadnim kopytem śmiałka, który aż nad to się zbliżył. Chciała się wycofać, ale widok Rotgiera zbliżającego się do Jurandówny ostatecznie utrzymał ją w miejscu.
- Niech cię szlag! – zarżała w końcu stając dęba i ruszając galopem w ich stronę.
Nim zakonnik zdążył dokładnie zorientować się o co chodzi już ujrzał między sobą a Polką, Suzan z uszami przylegającymi do karku.
- Zostaw dziewkę w spokoju! – wycedziła przez zaciśnięte zęby. W jej oczach pojawiły się skry oburzenia i gniewu.
Mimo iż młody komtur nie zrozumiał słów klaczy cofnął się, lekko zdezorientowany i zaskoczony.
- Nie tkniesz jej! – powtórzyła unosząc w ostrzegawczym geście przednie kopyto. - Pierwej musisz mnie stąd usunąć, co zaręczam, tak łatwo ci nie pójdzie!
Na dziedzińcu zapanowała przenikliwa cisza. Nawet zaśmiewający się bracia przestali rechotać i spoważnieli spoglądając pytającym wzrokiem to na nieskazitelnie białą sylwetkę klaczy, zdolnej do tego aby nawet zabić, to na jej pana. Przez chwilę patrzeli sobie w oczy. Po chwili jednak Rotgier spuścił wzrok i westchnął cicho.
- Verzeih mir…*** - szepnął cicho przejeżdżając ręką po jej czole po czym powoli odszedł. – Krist… zaprowadź ją na padok… - rzucił na odchodne do swojego giermka wracając do pałacu.
Uszy klaczy powoli postawiły się. Odetchnęła cicho i stanęła w normalnej pozie. Po chwili posłusznie ruszyła za rotgierowym giermkiem.
* niem. Przepraszam
** niem. Co się dzieje?
*** niem. Wybacz mi
Kolejny rozdział. We wrześniu powinno się rozkręcić ^^ sorry za kolejny poślizg. Rozdział powstawał przy muzyce Secret Garden - Lotus