No więc moi kochani xD natchnęło mnie :D kurna >.< nie wiem co zrobić żeby ten blog znowu wrócił do życia tak ja ta poprzednia pierwsza Suzan... wakacje się rozpoczęły...
Brak Internetu znowu zrobił swoje >_< szlag by to jebnął --" jak nie mam, z kim pogadać to mi odbija xD i zwykle wyżywam się na biednym Ulrysiu czy Suzan pisząc różne wersje ich śmierci, alternatywnych zakończeń, prologów, eksperymentalnych rozdziałów czy innych takich gówienek xP A czasami nawet... o zgrozo xD średniowieczne porno xD
No i co świecisz xP napisałaś tylko jedno z Elżbietką i jedno ze mną, jako postać ludzka (zdarzenie z Danusi) no i?
No i właśnie nic xP ale stwierdzam otwarcie że już cię więcej nie będę dręczyć ^^
No i prawidłowo ^^
Kurwa xD oficjalnie od czwartku 10 czerwca ocipiałam z radości :D powody znajdziecie na moim deviantartcie (pozdrawiam ulubionego aktora xD)
Głupia jesteś... zmarłemu to już obojętne >.<"
Pozdrowienia może i tak ale podejrzewam, że pamięć to mu aż taka obojętna nie jest... No więc poprawka z „pozdrawiam", na: „Pamięci pana Stanisława" i pasi ^^
Zapraszam do czytania ;d
Rozdział IV
Ciechanów
Nadeszła zima... Mroźna i biała. szczycieńscy zakonnicy wyruszyli do Ciechanowa w sprawie Juranda, gdzie na drugi dzień miało się odbyć polowanie. Suzan zaczęła powoli odczuwać trudy drogi toteż stała się trochę markotna i podirytowana z powodu nieprzyjemnego bólu nie zwykłych jeszcze do dłuższych wypraw nóg i kłębu otartego przez łęk siodła. Rotgier był rozważnym jeźdźcem i starał się nie przeceniać możliwości swojego nowego wierzchowca, ale jak wiadomo nawet powolny marsz musi kiedyś zmęczyć.
- Ten dom pali się... - odezwał się w końcu Gotfryd. – A głupi, kto z palącego się domu nie ucieka...
- Cóż chcecie przez to powiedzieć komturze? – Zapytał Zygfryd.
- Teraz, kiedy Jadwiga nie żyje, wojna pewna...
- Gdzież tam się równać Polakom, z naszym rycerstwem... - Rotgier wzruszył obojętnie ramionami poprawiając wodze wplątane w białą grzywę Suzan.
- A ja wam powiadam – wtrącił de Fourycy. – Że mistrz Konrad tak łatwo do wojny nie dopuści...
Gotfryd przybliżył się swoim koniem do Rotgiera i szepnął mu kilka niezrozumiałych dla Suzan słów, po czym obaj zaczęli się cicho i z lekkim cynizmem śmiać. Arabka natomiast poczuła, że ogarnia ją zażenowanie, że tuż obok niej, niemalże się o nią ocierając idzie koń pół szlachetniej rasy. Oliwy do ognia dodało jeszcze otarcie się łbem o jej szyję. Zaraz też skuliła uszy.
- Jak śmiesz mnie choćby dotknąć psie?! – Warknęła z oburzeniem.
- A cóż to? Pochodzenie i rasa spowodowały, że owies uderzył ci do łba? – Zaśmiał się cynicznie ogier.
Suzan zarzuciła łbem rżąc ostrzegawczo. Już miała chwycić ogiera zębami, gdy nagle otrzymała znaczące uderzenie palcatem w zad, co spowodowało, że ruszyła zaskoczona kilka kroków galopem w przód, po czym została podciągnięta wodzą.
- Ja ci dam się stawiać... - usłyszała nad sobą głos Rotgiera, po czym ruszyła dalej, z miną zbitego psa.
Kary ogier Gotfryda spojrzał na nią z wyższością odchylając delikatnie łeb i nie przestając się cynicznie uśmiechać, po czym ruszył przynaglony na przód orszaku.
- Głupiaś... - usłyszała obok siebie głos Hektora.
- Nie zniosę takiego uniżenia, aby zwykły szarak, który ma w sobie tylko połowę szlachetnej krwi ocierał się o mnie – warknęła obrażona.
- Powtarzam ci! Głupiutka gąska! – Odpowiedział fryz. – Zapomniałaś już, co powiedział Horus? Zwierzę zwierzęciu równe... Nie strzyż uszami przyjaciółko i nie rób takiej zażenowanej miny... Pojmij to wreszcie, że pycha i przesadna duma jest tylko dla głupców... ewentualnie dla rumaków tych, którzy coś więcej znaczą... im nikt nie zarzuci, że chełpią się byle, czym...
Klacz milczała. Po chwili jednak uśmiechnęła się pojednawczo.
- Ale przepraszać go nie będę... - zaśmiała się cicho.
- Jego nie musisz... Psi syn... - ogier uśmiechnął się z lekkim cynizmem. – Ale na przyszłość trzymaj swoją dumę na krótszej smyczy...
- Zapamiętam... - mruknęła klacz wstrząsając grzywą. Po chwili jednak przybliżyła się trochę do Hektora i szepnęła mu ledwo dosłyszalnie. – Czemu nazwaliście go „Psi synem"?
Hektor spojrzał z lekką pogardą na Gotfrydowego wierzchowca i uśmiechnął się w dziwny sposób.
- Dla mnie on już jest skończony... Ale tobie radzę dobrze nie zaczynać z nim, bo to szalone zwierze i nieobliczalne... Kiedyś nadarzyło mi się z nim zetrzeć... stąd te blizny na szyi...
- Gdzież zwykłemu, drobnemu koniowi równać się z wami? – Zapytała ze zdziwieniem klacz.
- On myślał co innego... i przekonał się, że się mylił... Ledwo się wylizał... Teraz woli mnie jednak omijać szerokim łukiem... - rumak uśmiechnął się w dziwny sposób.
Suzan spojrzała na swojego niedoszłego przeciwnika. Dopiero po wnikliwszej obserwacji szło zauważyć iż koń ten ma pod grzywą szeroką bliznę, tak samo jak na kłębie.
- Teraz widzicie? – Hektor zapytał po chwili. – To nie są rany pobitewne... To ślady naszej walki...
Siwka przez chwilę milczała. Po chwili jednak uniosła łeb.
- Zali... wy znacie rumaka wielkiego mistrza? – zapytała cicho.
- Bernsteina? Tylko z widzenia... Za to przydarzyło mi się poznać z ogierem mistrzowego brata, wielkiego marszałka Ulryka von Jungingen...
- Jaki on jest...?
- Cóż... Zygfryd należy do rumaków sprawiedliwych i rozważnych... Ma talent przywódczy, co przyznał mu nawet sam Bernstein i odstąpił władzy... Są dla siebie jak ich panowie... Braćmi mimo iż obydwoje nie są ze sobą w ogóle spokrewnieni gdyż Zygfryd jest twojej rasy, a Bernstein jest bułanym koniem rasy Andaluzyjskiej. Jest on kary z małą odmianą na czole oraz trzech ciągnących się od kopyt po nadpęcia... Przyznać muszę iż bardzo piękny z niego rumak... Ulryk, brat mistrzowy zawsze miał dobry gust jeśli idzie o swoje wierzchowce...
Klacz westchnęła z lekkim rozmarzeniem.
- Chciałabym go kiedyś ujrzeć...
- I ujrzycie go... - uśmiechnął się fryz. – Przed wami jeszcze całe życie... Ot już dojeżdżamy... - uśmiechnął się po chwili.
I nie mylił się gdyż zaraz też wjechali do sporego miasta. Kierowali się prosto w stronę pałacu książąt mazowieckich nie zwracając zbytniej uwagi na niektórych patrzących się na nich wrogo mieszczan. Jedna Suzan tylko strzygła niepewnie uszami czując się niezbyt komfortowo.
- Co oni się tak na nas patrzą? – zapytała cicho.
- Nie zwracaj na nich uwagi... - mruknął Hektor wstrząsając grzywą. – Tutejsza ludność nie za bardzo za nami przepada... Nie próbuj się płoszyć bo ściągniesz na nas zgubę...
Klacz westchnęła cicho starając się nie patrzeć na boki i przybrać dumną minę. Odprowadzani tak wrogimi spojrzeniami dojechali w końcu do pałacu, gdzie mieli zostać na dwa dni. Rotgier zeskoczył z konia i osobiście zajął się zdejmowaniem jego uprzęży. Gdy zdjął z jej grzbietu siodło pokazało się że klacz ma na kłębie ranę spowodowaną przez łęk.
- Niech to szlag... - warknął oglądając otarcie. – Krist! Zajrzyj no do juk przytroczonych do jucznego konia... Powinny być gdzieś opatrunki, spirytus i woda...
Siwka z nieufnością przyglądała się giermkowi swojego pana niosącemu potrzebne rzeczy. Komtur najpierw oczyścił ranę kawałkiem wilgotnego płótna. Gdy skończył sięgnął po fiolkę ze spirytusem. Nozdrza rumaka od razu uderzył jego ostry zapach. Skuliła lekko uszy.
- Przytrzymaj ją... - mruknął Rotgier gładząc ją uspokajająco po szyi.
Koń jednak przyjął te pieszczoty z pewną rezerwą i począł się wyrywać. Nagle silne i piekące uderzenie bólu wstrząsnęło jej ciałem. Chciała uciec, ale giermek Rotgiera trzymał jej wodze mocno. W jej oczach pojawiły się mimowolne łzy. Uspokoiła się dopiero wtedy gdy poczuła czułe i delikatne gładzenie po czole.
- Załóż jej opatrunek... Ale porządny... - zwrócił się znowu do swojego giermka. – A ty nie strzyż już tak uszami... - mruknął do arabki. – Dosyć odkażania ran spirytusem na dziś... - uśmiechnął się zbierając jej grzywkę z lewego oka i przesuwając na środek białego czoła.
- Łatwo wam panie powiedzieć „nie strzyż uszami"... - szepnęła klacz odchylając uszy. – Ale was tym spirytusem nie traktowali...
Kiedy opatrunek już był gotowy van Krist zaprowadził klacz swojego pana do przydzielonego miejsca w stajni i zdjął resztę ekwipunku jeździeckiego. Suzan odetchnęła cicho. Nie chciało jej się nawet ruszać paszy.
- O jest i nasza księżniczka duńska! – usłyszała w pobliżu pogardliwy głos mieszańca po czym o jej uszy obił się równie pogardliwy śmiech kilku towarzyszy.
- Którą sprzedano za trzydzieści pięć grzywien! – dołączył drugi z rumaków.
Klacz położyła uszy po sobie. Już miała wybuchnąć gdy uprzedził ją Hektor.
- Chyba nie masz ochoty na powtórkę sprzed dwóch lat... co Goldophinie? – fryz uśmiechnął się z wyższością.
- Obrońca się znalazł... - parsknął gniewnie karosz. – Znaj swoje miejsce szaraku...
- Szarakiem... - wtrąciła Suzan. – Jeśli już, to można nazwać tylko i wyłącznie ciebie... On przynajmniej jest czystej krwi, nie to co ty...
- Zawsze mi powiadali, że klacze arabskie, zwłaszcza polskiego pochodzenia, prócz tego że są niebywale irytujące, mają strasznie cięty język... Coś w tym jest... Jak dla mnie to jesteś tylko kolejnym dowodem na potwierdzenie tej teorii... I bacz bo nie jedną już taką panienkę jak ty do porządku przywołałem... - rumak spojrzał z lekkim pożądaniem na siwkę.
W klaczy zagotowało się. Zanim Hektor zdążył ją powstrzymać ona już stanęła dęba i odsunęła bramkę od boksu. Nim Goldophin zdążył dokładniej pojąć o co chodzi już otrzymał bolesne uderzenie kopytem w grzbiet oraz poczuł jak w jego potylicę wbijają się zęby Suzan. Klacz oderwała się po chwili od niego i odsunęła się oburzona.
- Powtórz to kiedyś... - warknęła kipiąc wściekłością. – A nie dożyjesz kolejnego wschodu słońca...
Po tych słowach wróciła do przydzielonego miejsca.
- Może dożyję... A może nie dożyję... - ogier uśmiechnął się dziwnie. Po chwili jednak mruknął sam do siebie. – Zaczekaj suko... Jeszcze ty zatańczysz tak jak ja ci zagram...
* * *
Na Malborskich padokach stał ogier. Grafitowo kary, z połyskującą sierścią, oraz niewielkimi zmianami na dwóch zadnich nogach oraz prawej przedniej. Na jego czole widniała niewielka „gwiazdka". Grzywa jego była długa i jedwabista, a ogon bujny. Rumak stał bez ruchu nie zwracając szczególnej uwagi na wiatr bawiący się jego włosami. Nagle jednak usłyszał znajomy gwizd. Uszy dotąd odchylone lekko do tyłu postawiły się wysoko. Zarzucił łbem, po czym przegalopował całe pastwisko i dobiegł dumnym kłusem rozpryskując śnieg do płotu gdzie czekał już na niego pan. Był to człowiek postawy pańskiej i pięknej twarzy o rysach ostro ciosanych, poważnej i mądrej, którą okalała niewielka broda, czarna jak same jego średniej długości włosy. Największą zaś ozdobą owej twarzy były ciemne oczy, o spojrzeniu wnikliwym i pełnym wyniosłej dumy. Mimo iż szata jego nie zdradzała tego, już na pierwszy rzut oka wywnioskować szło, iż piastuje jakiś wysoki urząd w zakonie. Zaraz też położył rękę na czole swojego przyjaciela, po czym uśmiechnął się.
- Jak się masz braciszku? – Zakonnik zwykł zwracać się czasami do swojego rumaka „per braciszek"
Arabczyk odchylił łeb, po czym zaczął przyjaźnie trącać rękę swojego pana, w której - jak słusznie się spodziewał – miał garść owsa. Marszałek podał swojemu rumakowi ziarna drapiąc go za potylicą i nie przestając się doń uśmiechać.
- Bądź zdrowy Zygfrydzie... - westchnął w końcu. – Mnie obowiązki wzywają...
Po tych słowach odszedł.
Zygfryd również westchnął, po czym odszedł od płotu.
- Ach ten idiota mój kochany... - mruknął po chwili, schylając łeb rozgarniając nosem śnieg i zbierając, co najlepsze źdźbła trawy. – Ostatnio coś za bardzo się przemęcza... - po tych słowach uniósł łeb przeżuwając zebraną trawę.
Po chwili jednak klęknął na przednie kopyta, przewrócił się na bok i zaczął tarzać w lodowatym puchu.